„Zasadniczym elementem mojego języka plastycznego jest dialog z podłożem”. Ewa Lisicka rozmawia z Matyldą Tracewską – polską artystką zajmującą się mozaiką, malarstwem ściennym oraz rysunkiem.
Matylda Tracewska w pracowni. Fot. Konrad Ciszkowski.
Dlaczego zostałaś artystką?
Zajmuję się sztuką od tak dawna, że nie pamiętam dobrze, od czego się to wszystko zaczęło. Jako dziecko zawsze coś rysowałam, lepiłam, albo później pisałam, to był mój ulubiony sposób spędzania czasu. Z siostrą i grupą dzieciaków mieliśmy też coś w rodzaju grupy teatralnej i wystawialiśmy razem przedstawienia. Moja mama była operatorką obrazu filmowego i dokumentalistką, więc od dzieciństwa zarówno sztuka, jak i książki były obecne w naszym domu. Babcia z kolei zaraziła mnie miłością do antyku, uczyła łacińskich przysłów, czytała mitologię Parandowskiego. Był taki moment, że ten świat pochłonął mnie bez reszty i po zakończeniu podstawówki zdałam do klasy klasycznej z łaciną i greką. To była trudna szkoła, wtedy też niemal zupełnie porzuciłam tworzenie, jeśli nie liczyć rysunków robionych na lekcjach z tyłu zeszytów. Po maturze zaczęłam studiować polonistykę na UW, ale zupełnie się tam nie odnajdywałam. W tamtym okresie spotykałam się z chłopakiem, któremu marzyła się kariera filmowca, więc miał wielu znajomych z kręgów artystycznych. Któregoś dnia pomyślałam więc, że przecież ja też kiedyś malowałam, tworzyłam. Zapisałam się na zajęcia plastyczne, a potem nie było już odwrotu. Tą jedną decyzją wszystko wskoczyło na właściwe tory i dalej potoczyło się samo.
O czym opowiada twoja sztuka?
Przy okazji tego pytania przypomina mi się film „Całkowite zaćmienie” Agnieszki Holland, którego bohaterami są dwaj poeci, Arthur Rimabaud i Paul Verlaine. Jest tam scena, w której Rimabaud, przebywając w domu rodzinnym, daje matce do przeczytania swoje wiersze. Skończywszy czytać, matka, zdezorientowana, pyta go: „Co to wszystko znaczy?” Rimbaud odpowiada jej wtedy: „Znaczy dokładnie to, co jest napisane, słowo w słowo. Ani więcej, ani mniej.”
Za każdym razem, kiedy ktoś mnie pyta, o czym jest moja sztuka, a niestety od czasu do czasu się to zdarza, mam ogromną ochotę odpowiedzieć w podobny sposób. Mam w sobie dużą niechęć do werbalizmu. Nie dlatego, że nie wiem, co robię, albo że brak mi kompetencji dyskursywnych, ale dlatego, że każde wypowiadane słowo wydaje mi się błędne. I niepotrzebne. Zostawiam interpretację odbiorcom i kuratorom.
Pracownia Matyldy Tracewskiej
Która z twoich prac jest dla ciebie najważniejsza?
Ważne są dla mnie prace, które w jakiś sposób były dla mnie przełomowe. Niedawno u znajomych zobaczyłam na ścianie mozaikę, którą podarowałam im na ich ślub 20 lat temu… To było pierwsze moje dzieło w tej technice, kwadrat 50 x 50 cm, przedstawiający dekoracyjny splot. To za sprawą właśnie tej pracy postanowiłam zająć się mozaiką, co poprowadziło mnie do wyjazdu na studia do Rawenny i rozpoczęło przygodę, która trwa do dziś.
Drugie ważne dla mnie dzieło wisi obecnie w atelier promotorki mojego włoskiego dyplomu, Luciany Notturni. Luciana to w Rawennie człowiek-instytucja, wielka dama mozaiki, której zawdzięczam bardzo wiele. Kiedy kończyłam studia pani profesor zakupiła ode mnie niewielką pracę, nie wiem, czy bardziej dlatego, że jej się podobała, czy po to żeby mi pomóc, bo byłam wtedy zupełnie bez pieniędzy. To była moja pierwsza próba połączenia malarstwa z mozaiką, przedstawienie wnętrza wykonane w technice fresku mokrego, a światło w oknach oddane za pomocą złotych tesser mozaikowych. Eksperyment. Aprobata Luciany dodała mi odwagi, by iść dalej w tym kierunku. Za każdym razem, gry odwiedzam panią profesor w Rawennie, z nostalgią oglądam tą pracę.
Pierwsza mozaika
Który współczesnego artystę/artystkę cenisz?
Łatwo zauważyć, że inspiruje mnie przede wszystkim sztuka dawna. Lubię malarstwo skupione, wyciszone. Bardzo chciałabym zobaczyć kiedyś na żywo obrazy Andrew Wyatha, malarza ciszy i psów. Nie będzie też chyba zaskoczeniem, że cenię współczesnych malarzy figuratywnych, jak Michael Borremans, Luc Tuymans, Marlene Dumas, czy Adrian Ghenie. Przychodzi mi też do głowy czeski artysta Jaromir Novotny, który tworzy minimalistyczne obrazy abstrakcyjne z użyciem syntetycznej organzy. Był czas, kiedy sama eksperymentowałam z organzą, wpadłam wtedy przypadkiem na jego prace. Zachwyciło mnie, jak potrafi połączyć w swoich pracach surowość i rygor z delikatnością.
Z racji swoich zainteresowań śledzę też malarzy, który pracują z podłożem kamiennym, jak Nicola Samori czy Pieter Vermeersch. Lubię inspirowane żyłkowaniem kamieni, ezoteryczne malarstwo Kerstin Bratsch. Poruszają mnie też akwarele Urszuli Broll. W moim odczuciu to bardzo niedoceniona polska artystka.
Jak wygląda twój proces twórczy?
Zasadniczym elementem mojego języka plastycznego jest dialog z podłożem. Biała, niema płaszczyzna onieśmiela mnie, staram się dążyć do sytuacji, w której w momencie przystępowania do pracy na podłożu zawarta jest już jakaś treść, na którą muszę odpowiedzieć. Treścią tą może być mozaika, od której zwykle zaczynam pracę nad obrazem, struktura tynku, czy wreszcie rysunek na kamieniu, do których w następnym etapie muszę „dostroić”, wkomponować, pozostałe elementy.
W przypadku mozaiki sytuacja jest najbardziej skomplikowana, ponieważ zaczynam pracę „od zera”. Mozaika musi być wcześniej zaprojektowana, a materiał odpowiednio docięty, jest to więc najmniej spontaniczny etap pracy, a także najmniej podatny na modyfikacje. Mozaikę można oczywiście fugować, wygładzać, postarzać czy pokrywać farbą, lecz sam układ tesser i związany z nim rytm pozostanie niezmienny. Mozaika dominuje też nad resztą elementów z racji swych walorów reliefowych, działając na zasadzie malarskiego impasto - zawsze wychodzi na pierwszy plan.
Raz ukończona, mozaika staje się takim samym podłożem jak płyta kamienna czy tynk. W konsekwencji za każdym razem to podłoże dyktuje dalsze kroki. Zdarzało się, że projektowałam mozaikę z myślą o obrazie malarskim, z jakim chciałabym ją zestawić. I okazywało się potem, że obraz po namalowaniu nie pasował, wydawał się obcy. Musiałam go więc usunąć, i czekać, aż mozaika sama podpowie mi inne rozwiązanie. Alan Watts opisując dalekowschodni proces artystyczny wprowadził pojęcie „nieobrobionego bloku” i „niefarbowanego jedwabiu”. Terminy te, zgodnie z taoistyczną zasadą wu wei oznaczały, że artysta pracując z materią nie stara się zdominować natury; modyfikuje ją, ale w kierunku, w którym ona sama już zmierza. Twórca pyta surowy blok skalny: „czym chcesz się stać? I będę współpracować z tobą, by doprowadzić cię do pełni”. Takie podejście bardzo rezonuje z tym, jak odczuwam moją pracę. I jeśli w mojej praktyce istnieje jakiś rytuał, stały element, to jest nim właśnie to pytanie. W zasadzie w moim przypadku brzmi ono nawet nie tyle „czym chcesz się stać?”, ale „czym już jesteś?” I odpowiedź przychodzi.
Czego zazdrościsz innym artystom?
Zazdroszczę artystom, którzy mają łatwość wykonywania swoich dzieł i którzy czerpią radość z procesu twórczego. Czasem także tym, którzy pracują szybko. Mój proces twórczy jest powolny i prawie zawsze trudny. Rzadko bywam zadowolona z tego, co robię. Krytycyzm jest potrzebny, a nawet niezbędny, by właściwie wykonywać swoją pracę. Zazdroszczę jednak artystom beztroskim, nie obciążonym brzemieniem perfekcjonizmu.
Co polska sztuka ma do zaoferowania? Jakie są najciekawsze zjawiska?
Chociaż pracuję na warszawskiej Akademii, nie czuję się ekspertką od polskiej sztuki. Moja kariera rozwijała się i rozwija głównie za granicą. Niewątpliwie polska scena artystyczna jest bardzo dynamiczna, jest dużo bardzo zdolnych twórców. Dotyczy to również studentów, z którymi przyjemnie się pracuje, ponieważ są świadomi formy. Czy wyróżniają się czymś szczególnym? Z pewnym wahaniem odpowiedziałabym, że znajomością tradycyjnego warsztatu, którego na zachodnich Akademiach prawie już się nie uczy. Z pewnym wahaniem, ponieważ także u nas jest to umiejętność, na którą jest coraz mniejsze zapotrzebowanie.
Czym byś się zajmowała gdybyś nie była artystką?
Ciężko mi to sobie wyobrazić. Tworzenie w dużej mierze definiuje moje bycie w świecie. Nie wiem, czy umiałabym bez tego żyć. Myślę, że gdybym potrafiła, już dawno zajmowałabym się czymś innym.
Oczywiście, mój czas dzielę między sztukę a dydaktykę, jestem asystentką w pracowni rysunku na warszawskiej ASP, prowadzę również prywatne warsztaty, na których uczę mojej metody twórczej.
Lubię pracę fizyczną, zajmowanie się domem i ogrodem, zwierzęta, gotowanie. Jak byłam mała, marzyłam, żeby zajmować się muzyką, podobno miałam słuch absolutny. Namówiłam rodziców na lekcje gry na pianinie, ale nic z tego nie wyszło. Z chóru zostałam wyrzucona za fałszowanie. Chcę przez to powiedzieć, że pomimo introwertycznej natury jestem ciekawa świata. Znam też kilka języków, więc gdybym była zmuszona szukać teraz innej pracy, pewnie coś bym znalazła. Ale czy udałoby mi się funkcjonować bez sztuki na dłuższą metę, tego nie wiem.